Każde imperium musi upaść. To nie jest karma ani mistycyzm, tylko mechanika świata. Wojna przeciwko Iranowi jest punktem zwrotnym, po przekroczeniu którego imperium amerykańskie rozpoczęło ostatnią fazę upadku.
Przystępując do wojny, USA wydało na siebie wyrok. To akurat pół biedy, bo - jak mawiają Anglicy - wszystko dobre, co się kończy. Największą obawę budzi to, że agonia USA może przybrać postać zjawiska znanego w kryminologii jako tzw. samobójstwo rozszerzone. To samobójstwo poprzedzone zabiciem innych osób, nierzadko po to, aby w tej zaburzonej perspektywie ocalić innych przed "gorszym złem". Mam jednak nadzieję, że ostatnia wojna USA nie doprowadzi do atomowej zagłady ludzkości.
Poniżej przedstawiam kluczowe kwestie, które składają się na to, że nieodwracalny upadek USA dzieje się na naszych oczach.
1. To nie nasza wojna
I tym razem nie mam na myśli wojny USA/NATO przeciwko Rosji na terenie Ukrainy. Zwrot "nie nasza" odnosi się do Stanów Zjednoczonych, bowiem po raz pierwszy w historii USA weszły do cudzej wojny. Jest to tak jaskrawo widoczne, że nawet najbardziej zatwardziali republikańscy poplecznicy Trumpa wprost krytykują jego decyzję. I nie chodzi o to, że Trump złamał Konstytucję USA, zaczynając wojnę bez zgody Kongresu. Bo gdyby ją wygrał, nikt nie przejmowałby się prawem. Rzecz w tym, że Trump tej wojny nie wygra, ponieważ jest to wojna Izraela, a nie USA.
Syjonistyczne mrzonki o Wielkim Izraelu obejmują nie tylko to, że Izrael zajmie egipskie wybrzeże Morza Czerwonego, połowę Arabii Saudyjskiej, Syrię, Jordanię, Liban, południe Turcji, Irak oraz Kuwejt. Judaizm zakłada eksterminację ludności tych terenów, tak jak obecnie Izrael prowadzi ludobójstwo Palestyńczyków w Strefie Gazy. Zresztą, z punktu widzenia judaizmu to nie są nawet ludzie.
Problem w tym, że wojna z Iranem, która jest częścią tego projektu, to wojna w interesie Izraela, a nie USA. I to jest największy błąd Trumpa - będąc prowadzonym na smyczy Netanjahu, Trump pozwolił Stanom Zjednoczonym na udział w cudzej wojnie. A to zawsze kończy się źle.
Gdyby ktoś jednak stawiał tezę, że wojna z Iranem ma na celu wyeliminowanie sojusznika Chin, zapomina, że nawet zagłada Iranu nie osłabi Chin, tylko USA. Co innego, gdyby Izrael sam prowadził tę wojnę, a USA popierałoby ją dyplomatycznie. Ale wejście zbrojne może wzmocnić tylko Izrael (w przypadku wygranej) albo zniszczyć oba państwa-agresorów (w przypadku przegranej).
2. Historię piszą zwycięzcy
W tym powiedzeniu nie chodzi o spisanie dziejów, ale o to, że ci, którzy wygrywają, układają historię według własnej narracji i potrzeby politycznej. To dlatego po II Wojnie Światowej Hitler był zły, a Stalin dobry. Mimo że obaj wymordowali miliony ludzi w ramach realizacji własnej polityki, to fakt, że Związek Sowiecki wygrał wojnę, ustawił Stalina w gronie poważanych mężów stanu, a Hitlera zepchnął do otchłani grozy i potworności. Obaj byli sadystycznymi bandytami dokonującymi ludobójstwa, ale Stalin wojnę wygrał, a Hitler przegrał. I to Stalin pisał historię. A Hitlerowi nie pomaga nawet to, że ma wszelkie cechy pożądane przez dzisiejszą lewicę: bezdzietny, wrażliwy artysta, socjalista, wegetarianin i miłośnik zwierząt.
Jak to się ma do wojny USA przeciwko Iranowi?
Izraelskie i amerykańskie bomby zabiły kilkadziesiąt dziewczynek w irańskiej szkole. Jedna rakieta wyeliminowała reprezentację siatkarek Iranu. Amerykańska łódź podwodna zatopiła nieuzbrojoną irańską fregatę wracającą z parady w Indiach. To są zbrodnie wojenne. Jeśli USA wygrają wojnę, będą to niewinne incydenty na zasadzie "gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą", ot, wypadek przy pracy. Ale jeśli USA wojnę przegrają, na co się zanosi, Trump będzie okrzyknięty zbrodniarzem wojennym. Co w połączeniu z jego dyktatorskimi zapędami doprowadzi USA do wojny domowej. A takiej wojny nie da się wygrać.
Jeśli historię napiszą zwycięscy Persowie, te wszystkie zbrodnie obciążą Trumpa osobiście, a USA jako państwo i naród. I to będzie jedyna oficjalna narracja. Zamiast pax americana będzie crimen americanum, zamiast Statuy Wolności - Posąg Nieprawości. A gdzie zbrodnia, tam i kara. Karą w międzynarodowej polityce jest likwidacja państwa w niesławie i hańbie. USA czeka podobny los co III Rzeszę.
3. Święta wojna
Najwyraźniej Izrael i USA uznały, że zabójstwo ajatollaha Chameneiego przetrąci kręgosłup Iranowi, a w kraju zapanuje chaos. Jest to wybitnie naiwny sposób myślenia na poziomie piaskownicy. Można wręcz odnieść wrażenie, że autor tej koncepcji wykazał się myśleniem z gatunku gier i symulacji "capture the flag", w których zdobycie sztandaru przeciwnika kończy pojedynek. Ewidentnie komuś pomyliła się międzynarodowa polityka z szachami. Zresztą, świadczą o tym infantylne nazwy operacji wojskowych USA i Izraela (np. Epicka Furia), których rodowodu można się doszukać w komputerowych strzelankach dla mało rozgarniętych.
Tymczasem został osiągnięty efekt odwrotny od zamierzonego. Zamordowany przywódca duchowy Iranu stał się męczennikiem, którego śmierć może jedynie obudzić jeszcze większy gniew wśród Irańczyków (aż kusi napisać, że byłby to gniew epicki, ale trochę nie wypada). Trzeba pamiętać, że Chamenei to nie był po prostu "jakiś ichni ksiądz", tylko filozof, polityk i duchowny, który rządził (współrządził) Iranem od niemal półwiecza. Dla większości Irańczyków on "zawsze był", przez co stał się częścią tożsamości narodowej i religijnej.
Ali Chamenei był bardzo ugodowo nastawiony w polityce międzynarodowej i był przeciwny eskalacji konfliktu. Jego następca siłą rzeczy będzie nie tylko bardziej radykalny. Mało powiedziane - następca będzie BARDZO radykalny. Raz, że w porównaniu do stonowanej postaci, jaką był Ali Chamenei, każdy będzie jawił się radykałem. Dwa - kiedy zostaje się przywódcą zaatakowanego państwa w miejsce zamordowanego poprzednika, nie ma miejsca na sentyment. Trzy - zabójstwo ajatollaha to sygnał, że przeciwnik nie cofnie się przed niczym, a to nie zostawia miejsca na ustępstwa. Cztery - opinia publiczna nie pozwoli następcy ustąpić przed USA, nawet gdyby pojawiła się wola zawarcia pokoju albo rozejmu.
To wszystko sprawia, że tym jednym zabójstwem USA obudziło w Iranie chęć odwetu i zemsty. A jako że wojna zaczęła się w czasie rokowań pokojowych i w czasie ramadanu, to sygnał, że przeciwnik nie szanuje żadnych konwenansów ani norm etycznych. Jakiekolwiek porozumienie będzie zawsze opatrzone znakiem niepewności - nikt nie ufa podmiotom tak jawnie zdradzieckim.
Dopiero teraz USA obudziły bestię.
4. To będzie spacer w parku
Nie ma wątpliwości, że USA i Izrael zlekceważyły Iran. Wojna miała być pokazem siły i skuteczności, a Iran miał szybko paść na kolana i błagać o litość. To największy błąd, jaki można popełnić w każdej rozgrywce - zlekceważyć przeciwnika. Nie ma znaczenia, czy to partia szachów, rozprawa w sądzie, międzynarodowy konflikt czy zawody badmintona w podmiejskim parku - chwila, w której w głowie pojawia się myśl, że po drugiej stronie stoi byle kto, kto sobie nie poradzi, przesądza o przegranej.
W ciągu 24 godzin od rozpoczęcia wojny Iran precyzyjnie zaatakował wszystkie amerykańskie bazy wojskowe w regionie. Prawie precyzyjnie, bo oberwało się też paru hotelom w Dubaju… I cały czas mam wątpliwości, czy były to rzeczywiście zabłąkane rakiety. Skoro Iran potrafił uderzyć dokładnie w obiekty rozsiane na przestrzeni tysięcy kilometrów kwadratowych, to aż trudno uwierzyć, że przypadkowo trafił akurat w dubajskie hotele. A biorąc pod uwagę, że Dubaj był przez lata oazą bezpieczeństwa m.in. dla amerykańskich miłośników przygód, nierzadko z udziałem nieletnich, można założyć, że był to świadomy atak. Atak z jednej strony o charakterze krucjaty moralnej, a z drugiej - pokazanie tzw. elitom, że zachwianie poczuciem bezpieczeństwa działa w obie strony.
Precyzja uderzeń, a zwłaszcza zniszczenie głównego systemu radarowego USA w regionie, pokazują, jak dobrym rozpoznaniem wywiadowczym dysponuje Iran. Czy są to własne służby, czy pomoc uzyskana dzięki chińskim satelitom, raczej się nie dowiemy. Ale nie ma wątpliwości, że Iran wiedział, gdzie zaatakować i z jaką siłą. Amerykanie, którzy najwyraźniej nie wyszli mentalnie poza traktowanie przeciwników jak tępych dzikusów, tym razem musieli przeżyć ciężkie rozczarowanie.
Ale nie to jest w tej kwestii najistotniejsze. Dużo daje do myślenia "sukces" izraelskiej armii (och, przepraszam, sił obronnych), która zbombardowała namalowane na betonie sylwetki irańskich samolotów, żywiąc przekonanie, że niszczy realne cele. Nie chodzi o to, że Iran zakpił w ten sposób z agresora. Rzecz w tym, że taka mistyfikacja oraz precyzyjne uderzenie w amerykańskie bazy oznacza, że Iran był świetnie przygotowany do wojny. Takich operacji nie przeprowadza się na kolanie. To wymaga przemyślenia, przygotowania, a przede wszystkim - rozpoznania wywiadowczego. Iran wiedział, gdzie Izrael planuje uderzyć i zastawił pułapkę.
W tym świetle inaczej można potraktować tezę, że Ali Chamenei pozwolił się zabić, żeby uzyskać efekt krucjaty. To bardzo śmiała, wręcz fantasmagoryczna teza, ale istotnie - kusząca w świetle powyższych rozważań.
Z całą pewnością Iran nie zlekceważył przeciwników.
5. Żandarm na emeryturze
To trochę nawiązanie do cyklu komedii francuskich z Louisem de Funès o perypetiach pociesznego żandarma. Od czasu II Wojny Światowej rolę światowego żandarma pełniły USA, choć nie było to ani pocieszne, ani sympatyczne. Amerykański żandarm prowadził na całym świecie wojny, których jedynym wspólnym mianownikiem było strzeżenie hegemonii USA w świecie, a przede wszystkim - hegemonii dolara.
Jednym z elementów roli żandarma było to, że Ameryka chroni i zapewnia bezpieczeństwo. Przez całe dziesięciolecia USA sprzedawało obraz siebie jako niepokonanego podmiotu, który jest w stanie prowadzić wojny i pomniejsze operacje wojskowe na całym świecie. Amerykańskie bazy wojskowe miały być niezdobytymi fortecami, które z jednej strony miały stanowić parasol ochronny nad terytorium, gdzie były umieszczone, a z drugiej - stanowiły symbol poddaństwa danego terytorium amerykańskiemu imperium.
W chwili, kiedy bazy amerykańskie na Bliskim Wschodzie zostały albo zniszczone, albo w bardzo poważnym stopniu uszkodzone wskutek irańskich ataków, w świat poszedł bardzo czytelny sygnał. Rekin jest bezzębny. Żandarm jest bezbronny. Skoro USA nie są w stanie obronić nawet własnych żołnierzy, to jakim prawem przypisują sobie miano obrońcy świata i największej siły militarnej? I w imię jakich korzyści dane państwo ma uznawać zwierzchność amerykańskiego imperium?
To gorzej niż blamaż, to pokaz bezradności.
6. Dolar nie jest wieczny
Kluczowa w tym wszystkim jest rola dolara jako światowej waluty - rola narzucona światu w 1944r. w Bretton Woods wskutek tego, że Stany Zjednoczone wygrały wojnę. Rozliczenia w dolarze oznaczają obowiązek kupienia dolara, a to oznacza inwestycję w amerykańską gospodarkę. Kiedy w 1971r. Nixon zdecydował o "tymczasowym" zawieszeniu wymienialności dolara na złoto, całkowicie oderwał amerykańską walutę od jakiejkolwiek realnej wartości. Widać to na wykresach inflacji za ostatnie 50 lat.
Tymczasem siła amerykańskiego dolara opiera się obecnie wyłącznie na sile US Army. Tych, którzy dotychczas rzucali wyzwanie temu układowi, spotykał marny los, czego najbardziej spektakularnym przykładem był Muammar Kaddafi.
Jednak w tej chwili sytuacja jest o tyle inna, że Stany Zjednoczone nie są już wydolne gospodarczo i militarnie, żeby w ten sztuczny sposób zachować siłę dolara. Atak na walutę i pozbawienie dolara nawet 20% jego wartości oznacza 25% wzrost kosztów wojny. Jeżeli wzrośnie koszt utrzymania armii, ten ciężar spadnie na barki amerykańskiego obywatela. Albo US Army straci zdolności operacyjne. Pierwsze może doprowadzić wojny domowej, drugie do upadku USA jako światowego hegemona.
Co jest impulsem do takiego myślenia?
Chodzi o decyzję Sądu Najwyższego USA, który 20 lutego uznał za nieważne taryfy celne wprowadzone przez Donalda Trumpa bez zgody Kongresu. Rząd USA podjął rozpaczliwą próbę, aby uzyskać zawieszenie wykonalności tej decyzji, ale Sąd Najwyższy się nie zgodził. To oznacza, że nie tylko cały plan finansowy Trumpa legł w gruzach, ale przede wszystkim prowadzi do konieczności zwrotu innym podmiotom około pół biliona dolarów. To jest cios, którego amerykańska gospodarka może już nie wytrzymać.
To dlatego istnieje ryzyko wojny atomowej. Jeżeli rząd USA dojdzie do wniosku, że "po nas choćby potop", nie zawaha się przed sięgnięciem po broń zagłady. Przypominam, że Stany Zjednoczone są jedynym państwem w historii ludzkości, które sięgnęły po broń atomową przeciwko człowiekowi - w Hiroszimie i Nagasaki.
Podsumowanie
To nie jest tak, że wojna zakończy się lada moment i że dzień po zakończeniu wojny Ameryka upadnie i nie dotrwa nawet do Święta 4 Lipca, kiedy to będzie obchodzić 250-lecie istnienia. Rozmiar gospodarczy USA oraz skala zjawiska są tak olbrzymie, że możemy jedynie mówić o początku upadku, ale nie o samym upadku, który miałby nastąpić w perspektywie miesięcy. Być może to perspektywa kilku lat, ale jeszcze nie tego roku.
Niemniej, Stany Zjednoczone na własne życzenie znalazły się w punkcie, z którego nie ma już odwrotu. To proces, którego nie da się odwrócić, ponieważ siły weń zaangażowane oraz jakość tego procesu są przesądzające. Wojna przeciwko Iranowi jest początkiem upadku - jest kamyczkiem, który uruchamia całą lawinę.
Mam tylko nadzieję, że w pamięci potomnych przetrwają trzy ikony Ameryki. Wybór jest mój, a więc skrajnie subiektywny. Są to: wyścigi IndyCar, Metallica oraz Clint Eastwood. A Texas? Texas to nie USA, Texas przetrwa.
Wszystkiego najlepszego, USA, z okazji 250-lecia. Spoczywaj w pokoju - po raz pierwszy, odkąd istniejesz.
#wojna #usa #izrael #iran

Komentarze
Prześlij komentarz